środa, 25 czerwca 2014

Rozdział 27



 Alicja szła powoli omijając kolejne bramy. W jej głowie roiło się od myśli, ale nie skupiała się na żadnej z nich. Popołudniowe słońce nagrzewało jej czarne skrzydła, ale nie było jej gorąco. Tuż po przejściu przez mur dopadło ją Alami. Nauczyła się opanowywać uczucia i teraz tylko ten stan dawał jej większą siłę, odwagę i skrzydła, które ciążyły na jej plecach. Mimo to nie chciała ich używać, kochała latać, ale teraz nie miała na to ochoty, zwłaszcza, że nie wiedziała gdzie się udać. Złapała głęboki oddech i machnęła dłonią zagarniając powietrze. Między palcami zaczęła tworzyć się mała róża. Nie zwalniając tępa stwarzała z uwagą kolejne listki. Nagle poczuła na sobie powiew wiatru. Odwróciła się by ujrzeć co sprawiło ten ruch powietrza, jednak wokół nic nie było. Lekko zaniepokojona przykucnęła i z impetem wyskoczyła do góry. Samo otworzenie skrzydeł trwało dłużej niż przedostanie się na bramę. Znów się rozejrzała, ale nadal nic. Usiadła spuszczając nogi na dół. Wiatr był rzadkością w Zartezie, więc co to było? Gdyby był to anioł, usłyszałaby szelest piór, także albo demon, albo zwyczajnie sobie to wyobraziła. Prychnęła i zeskoczyła na ziemię. To pewnie wyobraźnia. Kątem oka spojrzała na różę którą upuściła i nad którą unosił się białawy dym. Ku jej zdziwieniu był rozwiany. Czyli jednak wiatr. Ruszyła w dalszą drogę ignorując złe przeczucia. Była tuż przy Wrotach, gdy znów poczuła dziwny powiew. Tym razem jednak usłyszała jakiś dźwięk. Demon, mruknęła w myślach. Teraz nie miała wątpliwości. Nie dawała po sobie poznać, że coś wyczuła. Nie weszła we Wrota, skręciła do kryjówki demonów. Osoba, która ją śledziła musiała podchodzić coraz bliżej, bo Ali coraz bardziej wyczuwała czyjąś obecność. Dziewczyna udawała, że nie słyszy zbliżających się coraz bardziej kroków. Kiedy już prawie wyczuwała czyjś oddech na skrzydłach wyprostowała je i odwracając się walnęła nimi napastnika. Patrzyła na pustą ziemię przed swoimi stopami, gdzie usłyszała głuche uderzenie. Machnęła nogą i napotkała coś dziwnego. To coś złapało ją za nogę i pociągnęło tak mocno, że gdyby nie skrzydła, leżałaby teraz na ziemi. Wyczarowała wijącą się roślinę, a ta zaczęła oplatać próbującą się podnieść postać. Czar niewidzialności opadł, a jej oczom ukazał się nieznany demon, który posłał jej płonące spojrzenie.
- Nie trzeba było się tak czaić. – rzuciła Alicja. Chłopak machał histerycznie ręką z mieczem, ale to nic nie dawało. Cienkie, ale mocne witki zaczęły oplatać jego dłonie i skrzydła. - Niby takie straszne demony, a zwykła roślinka może je pokonać. – zakpiła.
W pewnym momencie srebrne ostrze miecza napotkało miejsce w którym roślina zaczęła rosnąć. W chwili przecięcia korzenia wszystkie gałązki zbrązowiały i opadły z demona. Zanim jednak ten się pozbierał, Ali związała go liną, w szczególności dłonie, by nie mógł nic wyczarować.
- Czemu mnie śledzisz? – odezwała się Ali. – Śledziłeś. – poprawiła się i wylądowała na ziemi, ponieważ od czasu, gdy tamten złapał ją za nogę, wisiała w powietrzu. Stanęła przed klęczącym demonem. Szarpał się w linach, a jego długie, jak na chłopaka, brązowe włosy podskakiwały przy każdym ruchu. Strach i zaskoczenie ustąpiło miejsca zadowoleniu z wygranej i ciekawości, więc Alami wcześniej podsycane złymi myślami, całkowicie uleciało z Alicji. Powtórzyła pytanie, ale wciąż nie uzyskała odpowiedzi. Przykucnęła i uderzyła chłopaka otwartą dłonią w policzek. Nie jakoś specjalnie mocno, ale wystarczyło, by się zachwiał. – Trzeci raz nie powtórzę. – wycedziła. Złapała za jego brodę i podniosła, żeby na nią spojrzał. Jej prawie czarne i jego intensywnie zielone oczy spotkały się na chwilę, ale on szybko odwrócił wzrok.
- Głupio mi się przyznać. – wydusił wreszcie. Puściła go i wstała zaplatając ręce na piersi.
- Gadaj. – rozkazała. 
- Ponieważ mi się podobasz. – mruknął cicho i spojrzał na nią. W jednej chwili klęczał, a w następnej już leżał na ziemi przyciskany jej ciałem.
- Kłamiesz! – krzyknęła siedząc na jego brzuchu z małym sztyletem w dłoni. Chłopak odwrócił głowę w bok i zamknął oczy odsłaniając szyję.
- Śmierć z twoich rąk to najlepsza śmierć jaka mogłaby mnie spotkać. – Ali zdziwiła się.
- A kto powiedział, że chcę cię zabić? – popatrzył na nią.
- Siedzisz na mnie, swoim wrogu, który jest bezbronny. To chyba oczywiste. Wrogów należy eliminować. Oczywiście ja nie chcę być twoim wrogiem, ale zdaję sobie sprawę z tego kim jestem i kim jestem dla ciebie. – dziewczyna zamyśliła się chwilę. Na twarzy chłopaka odbił się smutek gdy wstała.
- Jeśli cię tu zostawię, to ile minie czasu, aż ktoś cię znajdzie? – odezwała się nagle.
- Jeśli będę miał szczęście to dzień. – odpowiedział po chwili namysłu.
- Czyli przeżyjesz. –posłała mu uśmiech i podparła się o bok. – W takim razie miłego dnia. – przeskoczyła przez niego i w locie zmieniła się w geparda. Wylądowała miękko na łapach i poruszała nimi by przestawić się na tryb czworonożny. Spojrzała na demona, a on zrobił to samo.
- Jesteś prześlicznym kotkiem. – powiedział, a Alicja poczuła ukłucie w brzuchu. Odwróciła się do niego jeszcze na chwilę. Musiała przyznać, że był ładny, ale nie w jej stylu. – Proszę, nie zostawiaj mnie tu. – schyliła głowę myśląc co zrobić. To jest demon, powtarzała wciąż w głowie, nie pomagaj mu, to pułapka. No, ale czy zniżyłby się, aż do proszenia o litość? Wszystko mieszało jej się w głowie. Czyli jednak nie są zabójcami bez uczuć i bez strachu? Czemu Naomi opowiadała o nich tylko złe rzeczy? Znowu tyle pytań, zaryczała jak lew i zmieniła się znów w człowieka. Chłopak gwałtownie odwrócił głowę.
- Coś się stało? – rozejrzała się zdziwiona reakcją demona, ale nic nie zobaczyła.
- Wyglądasz zbyt ładnie.
- Tak lepiej? – zachichotała, a on odwrócił się by ujrzeć ją w kolorowej górze od kostiumu i czarnej miniówce. Jego oczy błysnęły, a usta wygięły się w łobuzerskim uśmiechu. Ona przekręciła oczami i zmieniła swój strój na bluzę z kapturem i rurki. – Uwolnię cię. – z zadowoleniem przyglądała się jak na twarzy chłopaka maluje się zdziwienie. – Tylko musimy ustalić parę zasad.
- Słucham uważnie, księżniczko. – na dźwięk ostatniego słowa znów poczuła ukłucie. Nie dała po sobie poznać chwili zawahania i przeszła do rzeczy.
- Po pierwsze, musisz być świadom tego, iż zabiję cię od razu jeżeli zrobisz coś co mi się nie spodoba. – zrobiła pauzę by przypatrzeć się słuchaczowi. – Po drugie masz odpowiedzieć zgodnie z prawdą na kilka pytań, które ci zadam. Jeśli okaże się, że choćby jedna odpowiedź była nieprawdziwa, poderżnę ci gardło. Czy to jest jasne? – podniosła go za linę, by stanął z nią oko w oko.
- Oczywiście. – przytaknął chwiejąc się na nogach.  Uśmiechnęła się chytrze.
- No i ostatni warunek, który podoba mi się najbardziej. Masz bez gadania wykonywać moje polecenia. Jak odmówisz zrobienia jakiejś pracy trochę się pobawię twoim cierpieniem, masz moje słowo, że będziesz umierać powoli. I to dotyczy się wszystkich warunków. – znów pauza by wzbudzić napięcie. – Jesteś pewien, że nie chcesz tu zostać? – tym razem obdarzyła go miłym uśmiechem.
- Nie chcę. – powiedział poważnie, po czym dodał z uśmiechem. – Przebywanie z tobą, nawet jako niewolnik, to najlepsze co mnie może spotkać.
 Nie miała pojęcia, czy on udaje, czy mówi prawdę, ale miło było usłyszeć coś takiego. Liny zniknęły, a chłopak zaczął rozmasowywać obolałe dłonie. Rozciągnął się podnosząc ręce do góry i rozprostował skrzydła.
- Dzięki. – rzucił i zmierzył ją wzrokiem. Była zamyślona, przez co nie usłyszała co powiedział potem.
- Co mówiłeś? – zapytała otrząsając się z myśli.
- Pytałem, gdzie idziemy?
- Najpierw przysięgnij, że dotrzymasz umowy.
- Oczywiście. Przysięgam na wszystko, że będę ci wierny, aż do śmierci.
- Może być. – zakryła dłonią uśmiech. – Trochę jak na ślubie. – chłopak wzruszył ramionami.
- No więc?
- Idziemy… Hm… - znów pogrążyła się w myślach, ale tylko na chwilkę. – Zobaczysz jak dojdziemy. – powiedziała i sprężystym krokiem zaczęła zmierzać do Wrót. A on leciał za nią jak anioł stróż.



                                                                  ~*~*~*~




 Obudził go irytujący stukot. Otworzył oczy i przetarł je ręką. Na zewnątrz było słonecznie, ale okropnie wiało, sądząc po fruwających we wszystkie strony włosach dziewczynki za drzwiami auta. Otworzył je wpuszczając świeże powietrze.
- O co chodzi? – zapytał jeszcze nie do końca przytomny.
- Jest już jedenasta, a pan ciągle śpi. Moi rodzice się zaniepokoili i kazali mi spróbować pana obudzić. – powiedziała nieśmiało i spuściła głowę.
- Już jedenasta?! – krzyknął Max i zerknął na zegarek obok kierownicy. Dziewczynka wyraźnie się przestraszyła tak gwałtownej reakcji. On zauważył to i przeczesał włosy ręką. – Przepraszam. – mruknął. – Dziękuję, że mnie obudziłaś. Jak masz na imię?
- Nie wolno mi mówić obcym takich rzeczy. – wydukała cicho.
- Słusznie. – posłał jej miły uśmiech, a następnie odwrócił się i otworzył schowek w którym znajdowało się mnóstwo przeróżnych rzeczy. Między innymi stos naklejek reklamujących schronisko. Właśnie czegoś takiego szukał. Złapał jedną z nich i wręczył dziewczynce. – To w ramach podziękowania. – przyjęła prezent, wydusiła ciche ‘dziękuję’ i pobiegła na plażę.
Zatrzasnął drzwi i opadł na oparcie zakładając ręce za głowę. Zastanawiał się jak długo spał. Zasnął popołudniu, a jest jedenasta, czy to możliwe żeby tak długo spał? Przecież to mocno ponad 12 godzin. Zdziwiony sięgnął po plecak. Sprawdził czy ma wszystko i wyskoczył z auta. Nie umiał prowadzić, a nawet jeśli by się nauczył to i tak ten samochód pewnie jest poszukiwany. Fart, że nie przyszli po niego do tej pory. Ciekawe dlaczego? Nie zamierzał myśleć o rzeczach nieistotnych, więc poszedł żwawym krokiem do morza. Nie miał butów, więc zimna woda obmywała jego stopy coraz bardziej zatapiające się w piasku. Słońce mocno przygrzewało i był przyjemny wiatr. Niby idealna pogoda na plażowanie, ale wokół nikogo nie było. Kolejna rzecz dająca do myślenia. Zignorował to jednak i wyjął z plecaka pomarańczowy koc, który następnie rozłożył na suchym piasku. Planował zostać tu jeszcze chwilę by zjeść jakieś śniadanie. Nagle zaskoczyła go jedna myśl. Skoro nikogo nie ma na plaży, to gdzie podziała się ta dziewczynka? Rozejrzał się jeszcze raz, ale bez zmian. Postanowił zaczerpnąć trochę ze swoich wilczych mocy. Jego tęczówki znów stały się nienaturalnie niebieskie, ale kolory dookoła zbladły. Widział teraz wyraźnie, ale w tylko w odcieniach szarości. Miał dobry słuch już jako człowiek, ale dopiero teraz usłyszał ptaki, które szybowały wysoko po bezchmurnym niebie nad wodą, a oprócz tego jakieś rozmowy i kroki. Były bardzo ciche, nie wyłapywał żadnych słów, ale wiedział, że osoby które wydają te dźwięki, ukrywają się przed nim. Wziął głęboki wdech. Powietrze było czyste i rześkie, łatwo było wyłapywać różne zapachy, których zwykły człowiek by nie wyczuł. Piękny zapach sosen psuła nieprzyjemna woń ropy z samochodu. Od tego aż zaswędziało go w nosie, kichnął, a gdy podniósł głowę spostrzegł mężczyznę stojącego przy maszynie.
- Czym jesteś? – zapytał przybysz.
- Chyba nie czym, tylko kim. - rzucił przyglądając się uważnie postaci. Facet staną w odległości jakiś dwóch metrów od koca, a Max zasunął plecak gdyby okazało się, że musi uciekać. Oboje wciąż mierzyli się wzrokiem wyczekując ruchu tego drugiego.
- Nie jesteś człowiekiem. - stwierdził mężczyzna.
- A czym? Kosmitą? - chłopak się zaśmiał, ale zaraz potem spoważniał widząc minę przybysza. - Dlaczego uważasz, że nie jestem człowiekiem?
- Ponieważ od wczorajszej burzy plaża jest zamknięta, nic na nią nie wchodziło, a ludzie zostali wyproszeni.
- To chyba jeszcze nie powód, żeby uważać mnie za kosmitę?
- Nie. Nie mniej jest to niepokojące. Wyjaśnij mi co robiłeś w tym samochodzie?
- Wskazał na zieloną furgonetkę nie spuszczając wzroku z Maxa. Chłopak zdał sobie nagle sprawę z tego że ten facet nie wie kim on jest. Ucieszył się w duchu i wyrecytował kłamstwo bez zająknięcia.
- Jestem stażystą w schronisku, pierwszy raz przyjechałem, by złapać jakieś dzikie zwierzę na wolności, ale mój opiekun kazał mi zostać w samochodzie. Czekając na niego zasnąłem z nudów. Przepraszam.
- Dlaczego nie wróciłeś zaraz po przebudzeniu?
- Pracuję w godzinach od jedenastej do osiemnastej, od poniedziałku do piątku. Dziś jest sobota, także nie mam obowiązku jechać do schroniska.
- Ale twoim obowiązkiem jest zwrócić sprzęt. Samochód też się do tego zalicza.
- Nie mam prawa jazdy. Nie zamierzam płacić mandatu tylko dlatego, że taki jest mój obowiązek. Już bym wolał stracić pracę. – widać było, że temu facetowi nie podoba się, że Max ma na wszystko odpowiedź. Chłopak postanowił go jeszcze dobić. – Czy ma pan uprawniania, żeby zadawać mi takie pytania? Jest pan dyrektorem schroniska?
- Nie jestem dyrektorem.
- W takim razie kim? – naciskał.
- Nie powinno cię to interesować.
- Przepraszam bardzo! A od kiedy to przeszliśmy na ‘ty’? 
- Wydaję mi się, że jesteś młodszy ode mnie, więc nie będę się do ciebie zwracać per Pan.
- Pozory często mylą.
- Tak jak w twoim przypadku, wilkołaku? – gdy to usłyszał miał ochotę zmienić się i wbić temu kolesiowi pazury w czaszkę.
- Wierzysz w wilkołaki? – powiedział kpiąco, rezygnując z oficjalnego: „czy wierzy Pan w wilkołaki?”, skoro tamten też się nie stosował do oficjalnego tonu.
- Nie wierzyłem, ale teraz nie jestem pewien.
- Ja nie wierzę. Nie wmówi mi pan, że jestem czymś co nie istnieje. Po za tym, byłbym czymś i bym o tym nie wiedział? – nagle przypomniał sobie o jednej rzeczy. – Z tego co słyszałem to te wilkołaki to zmieniają się podczas pełni tylko. Wczoraj nie było pełni. – splótł ręce na piersi i zrobił kpiącą minę w stylu „spróbuj to pobić”
- Właśnie chcemy to zbadać. Zgłosi się pan do przychodni na wstępne badania.  - teraz jak coś chce to umie powiedzieć ‘pan’. Max tylko przekręcił oczami.
- Nie zamierzam się nigdzie ruszać.
- To nie była prośba tylko rozkaz. – podniósł dwa palce do góry i pewnie nie usłyszał trzasku odbezpieczanej broni, ale Max tak. Mimo to stał spokojnie i przyglądał się uważnie wydmom. Trawa była jednak na tyle gęsta że nic nie zauważył.
- Do kogo machasz? – zapytał i odwrócił się, przy okazji rozpoznał się dokładniej w terenie i wyznaczył drogę ucieczki.
- Do mojego kolegi, który stoi za mną. – Max wychylił się w bok by zobaczyć czy ktoś kryje się za mężczyzną, chodź dobrze wiedział, że nie.
- Raczej leży schowany w trawie i zgaduję, że nie jeden.
- Dlaczego tak uważasz?
- Powiedziałeś, że kolega jest za tobą. „Machasz” – zrobił cudzysłów palcami – do niego, czyli musi być w zasięgu wzroku. W samochodzie go nie ma, w takim razie zostaje trawa. – tamten popatrzył na niego z uznaniem.
- Nieźle kojarzysz fakty. Ale dlaczego twierdzisz, że nie jeden?
- Uważasz, że jestem wilkołakiem. – o mało nie powiedział, że wczoraj też dwóch kolesi chciało go złapać. Od razu by się wtedy wydało. – Wyglądasz na inteligentnego gościa. Nie sądzę, byś przyszedł złapać bestię tylko z jednym kolegą.
- Łapiesz u mnie punkty uznania. – uśmiechnął się zimno.
- Skoro zdemaskowaliśmy już twoich koleżków, to może by się pokazali? – rzucił Max. Trawa zaszeleściła, ale nikt się nie pokazał.
- Nie sądzę. Ale nieźle kombinujesz.
- Nie miałem jakiegoś tajnego planu związanego z zobaczeniem twoich towarzyszy. – wzruszył ramionami. – Zwyczajnie pomyślałem, że musi być niewygodnie leżeć w piasku i na tej trawie. Pewnie mają takie brzydkie twarze, że się nie chcą pokazać. – prychnął, a następnie klasnął w dłonie i schylił się by podnieść koc. Nagle rozległ się huk, a on zastygł w bezruchu podpierając się jedną ręką o piasek. Spojrzał na mężczyznę pytająco. 
- Co robisz? – zapytał nic nie tłumacząc.
- To ja się powinienem pytać co robicie. – warknął Max. – Chciałem tylko podnieść moje rzeczy! Zgłoszę was do sądu! Mam dość tego oskarżycielskiego traktowania. Nie macie prawa mnie o nic oskarżać, ani przesłuchiwać. A tym bardziej strzelać. – Facet rzucił wściekłe spojrzenie tym co siedzieli w trawie, a następnie powiedział:
- Nie wiemy czym lub kim jesteś i co potrafisz. Nie rób, żadnych gwałtownych ruchów to wszystko będzie okey.
- Chwileczkę! – podniósł palec do góry. – Pozwól, ze powtórzę. Nie macie prawa mnie tu trzymać. – nie spuszczając wzroku z rozmówcy schował koc do plecaka. – Jestem na wygranej pozycji. – dodał i zarzucił plecak na ramię. – Życzę panom miłego dnia. – machnął do nich ręką i zaczął iść na zachód. Facet doskoczył do niego i złapał za ramię.
- Przykro mi, ale pójdziesz ze mną. – niezbyt mądre posunięcie, ucieszył się w duchu i łapiąc za nadgarstek przeciągnął go przed siebie, zasłaniając się jego ciałem przed snajperami.
- Wyłazić i rzucić broń! – krzyknął. Nienawidził kontaktów fizycznych, ale zmusił się do trzymania szyi faceta, który szarpał się mocno, ale nie dorównywał siłą wilkowi. 
- Puszczaj. – warknął, ale Max miał go gdzieś. Zasłaniając się żywą tarczą doszedł do samochodu. Ucieczka wydała mu się najlepszym rozwiązaniem, więc po prostu kopnął faceta na bok i wskoczył w głęboką trawę. Wiedział, że tamci nie będą mu mogli nic udowodnić, ale nie miał czasu na przesłuchania. Durni ludzie robią problemy tam gdzie ich nie ma. Wszedł między drzewa próbując rozpoznać się w terenie. Nie chciał wchodzić zbyt głęboko do lasu, bo bał się że zgubi drogę, więc szedł, teraz już spokojniej, wzdłuż wydm. Szyszki i igły nieprzyjemnie wbijały mu się w stopy, ale nie zamierzał się przemieniać. Nie teraz, gdy ci chcą go złapać. Był głodny, ale postój nie wchodził w grę. Przynajmniej tyle, że mógł i jeść i iść, bo jako wilk nie dałoby rady. Zatrzymał się, ale tylko na chwilę by wyjąć kanapkę i ruszył dalej żując suchy chleb. Po dwóch nocach całe wnętrze kanapki się zepsuło, więc musiał je wyrzucić. Planował wyprawę do jakiegoś sklepu po nowe zapasy i jakieś ciuchy. Trochę szkoda mu było pieniędzy, ale musi coś jeść, a po jedzenie nie może chodzić nago. Ewentualnie mógłby coś upolować, ale w tym miejscu nie ma zbyt dużo zwierząt, gdyż ludzie wszystkie wypłoszyli. Nadal był głodny, ale nie zdzierży kolejnej kromki, która będzie bez smaku. Westchnął tylko i wsłuchiwał się w odgłosy lasu. Uspokoił myśli i równymi krokami powoli zmierzał do celu.



                                                                  ~*~*~*~




Eliza otworzyła oczy i usiadła zachłysnąwszy się powietrzem. Pierwszym co zobaczyła była kobieta przyglądająca się zamkniętym drzwiom. Wstała i o mało się nie przewróciła bo zakręciło jej się w głowie.
- Przepraszam. – odchrząknęła. Kobieta zwróciła na nią wzrok, a potem przetarła ręką oczy.
- Zaraz was zabiorę do domu. – mruknęła i otworzyła drzwi. – Chodźcie.
- Gdzie jest Alicja? – zapytała Agata, która właśnie stanęła obok Eli.
- Jest zajęta. – przypatrzyła się dziewczynom i podeszła trochę bliżej. – Wyglądacie okropnie. Kiedy się ostatnio przebierałyście?
- Jakieś cztery dni temu, jak nie więcej. – odpowiedziała Eliza i popatrzyła na swoją szarą podkoszulkę. Nie było tak źle. Agata miała zrobioną spódnicę ze szpitalnej koszuli i za małą bluzkę którą jej pożyczyła, więc w porównaniu z nią ubranie Elizy było dużo lepsze.
- Nie mam nic dla was do przebrania, im szybciej traficie do domów tym lepiej. Tak w ogóle to jestem Naomi.
- Eliza. A to jest Agata. – zaprezentowała koleżankę.
- Dobrze. To idziemy? – przeszła przez próg.
- Mhm. – mruknęła blondynka i razem z Agą poszły za Naomi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz