niedziela, 24 listopada 2013

Rozdział 13

Rozdział dedykuję moim wiernym fankom: Dramantian, Wiki21 i Alicji i Karolinie z fp 'córka dymu i kości' ( Dzięki że jesteście dziewczyny :* )Ale też wszystkim którzy czytają i nie komentują ^^ Pozdrawiam wszystkich i życzę miłego czytania :D


_________________________________________



Poczuła chłodny powiew wiatru na swojej skórze. Leciała bezwładnie w dół, ale nie przejmowała się tym. Robiła to mnóstwo razy, nawet nie musiała patrzeć, żeby wiedzieć kiedy zmienić się i kiedy rozłożyć skrzydła. Wsłuchiwała się w świst powietrza. Spokój. To jej było teraz potrzebne. Zawisła tuż nad powierzchnią stawu i dotknęła szponami wody, po czym machnęła skrzydłami i znalazła się metr nad wystającą teraz z wody paszczą aligatora. Pełna, ostrych jak brzytwy, zębów szczęka zatrzasnęła się w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą była Naomi.
- Igrasz z losem, kochaniutka. – usłyszała głos swojej siostry.
Niberta? Chciała ją zawołać, ale w postaci zwierzęcia się nie da. Poleciała w kierunku z którego ją usłyszała. Dzięki ptasiemu wzrokowi widziała, ale nie wiele, bo było zbyt ciemno. Nie mogła znaleźć siostry, gdy nagle znów usłyszała jej głos, gdzieś blisko.
- Chodź pod ‘Kruka’ bo się nie znajdziemy w tej ciemności. – Naomi ruszyła pod fontannę, a gdy już doleciała zmieniła się i usiadła, krzyżując nogi. Ręce złączyła razem na kolanach i wyprostowała się. Po chwili zobaczyła zbliżającą się postać. Włosy miała upięte w luźnego koka, szła swobodnie, nie było widać wyrazu twarzy, jeszcze była za daleko. Naomi jednak coś zaniepokoiło, ta postać miała cień z trzema głowami… Ale nie tylko to było niepokojące. Postać miała skrzydła - coś czego nie posiada żadna z blackbird w ludzkiej postaci. Co dziwniejsze… To nie były skrzydła anioła. Skrzydła anielskie są pierzaste i nie mają szponów na zgięciu. No i są znacznie mniejsze od tych, które posiadała kobieta stojąca przed nią. Zza dziewczyny, wyglądającej zupełnie jak Niberta wyszło dwóch umięśnionych mężczyzn o podobnych skrzydłach.
- Niemożliwe… - wysyczała Naomi i wstała.
- Jesteś strasznie naiwna siostro.
- Jak?
- Jesteś zbyt słaba, żeby w pełni wykorzystywać moc Zartezu. – Niberta uśmiechnęła się łobuzersko. Naomi rzuciła się na siostrę i oplotła ją ramionami, a potem zmieniła się w ogromnego pytona. Oplotła ją mocniej, dziewczyna zaczynała się dusić. Mężczyźni próbowali uwolnić szefową z opresji, ale wystarczyło jedno uderzenie potężnym ogonem węża, żeby upadli i stracili przytomność.
- Zadałam pytanie. – syknęła, bo jeszcze nie do końca się zmieniła. Zostały jeszcze ręce i głowa.
- Demony powróciły. – Niberta zaczęła się śmiać, ale nie przyjaźnie, tylko zimno i przebiegle. Od tego śmiechu, aż przebiegły Naomi dreszcze. Niberta skinęła na podnoszących się z ziemi towarzyszy, oni uśmiechnęli się chytrze i po chwili cała trójka zniknęła. Dosłownie rozpłynęła się w powietrzu.
 Naomi już w pełni jako wąż upadła na ziemię i rozejrzała się dookoła. Nic, pustka. Żadnych dowodów że tu byli.
- Cholera. – mruknęła do siebie.
 Nagle ziemia się zatrzęsła i Naomi usłyszała krzyk. Ni stąd ni zowąd znalazła się na łóżku w szpitalnej części pałacu. Jedna z zartazjanek świeciła jej latarką w oczy. Zamrugała szybko, a gdy wzrok i słuch jej się wyostrzyły usłyszała głośny wiwat.
- Udało się dziewczyny! – krzyknęła ta z latarką w ręce.
- Jeah! – inne krzyczały zadowolone, a Naomi wreszcie zrozumiała. To był tylko sen…
- Co się stało? – zapytała lekko potrząsając głową i przecierając oczy.
- Nie wiemy, znalazłyśmy cię pod fontanną, nieprzytomną. Wyglądałaś jakbyś zobaczyła co najmniej demona. – zaśmiała się ta z latarką. Czyli niestety to nie był sen, pomyślała Naomi.
- Bo zobaczyłam. -  odrzekła.
- Nie zbijaj się, Nan.
- Czy widziałaś żebym kiedykolwiek robiła sobie z was żarty? – zapytała, zmieniła się i wyfrunęła z łóżka. Skrzydła ciągnęły ją w dół, nie miała siły latać. Ledwo się zmieniła, ale musi lecieć do Alicji. Jeśli to się spotkała ich na prawdę, to ona nie jest bezpieczna. Nikt nie jest bezpieczny.




Dość tego! Nie będę się mazać! - pomyślała Alicja. Wstała szybko, przez co zakręciło się jej w głowie. Straciła na chwilę równowagę, ale udało jej się nie upaść. Sięgnęła po kule oparte o umywalkę. Dużo myślała nad tym jak to się stało, że się pojawiły. Stwierdziła, że zapyta Naomi, bo to pewnie magia z Zartezu. Dziwne, bo mówiła że w świecie ludzi nie działa… Już miała nacisnąć klamkę gdy ktoś zapukał do drzwi.
- Wyjdź Alicjo. – usłyszała miły głos Mery. Nic nie powiedziała, tylko wyszła i spojrzała na Marie. Była piękna. Jasne, lekko falowane włosy świetnie komponowały się z czarną bluzą narzuconą na biały podkoszulek z jakim nadrukiem. Alicja lekko się wkurzyła gdy zobaczyła na jej nogach swoje glany, ale potem uśmiechnęła się.
- Oddawaj moje buty. – powiedziała, Marie odwzajemniła uśmiech.
- Chwila, chwila. Jeszcze się nimi nie nacieszyłam, a ty ich i tak nie założysz. – odrzekła. Obie lekko się zaśmiały.
- W sumie racja. – Ali ruszyła w kierunku kanapy. – Głodna jestem.
- Domyśliłam się. – Mery poszła za Alicją, ciągnąc wózek na którym znajdowały się dwie tace pełne jedzenia. – Szczerze mówiąc ja też umieram z głodu.
Obie usiadły i zaczęły jeść tosty z serem.
- O co chodzi? – zapytała Mery.
- To znaczy?
- No, czemu tak potraktowałaś Kacpra?
- Raczej powinnaś zadać to pytanie jemu.
- Już to zrobiłam.
- Serio? – zdziwiła się Ali – I co odpowiedział? – Marie tylko się uśmiechnęła. – No powiedz! – zażądała Alicja, ale ze śmiechem.
- Powiedział to samo co ty. – ugryzła ostatni kawałek tosta i otrzepała ręce wstając. – Dobra ja się zwijam. Zaprowadzić cię na strzelnicę?
- Macie tu strzelnicę?! Jasne, że tak! – ucieszyła się Alicja i wstała szybko.
- Wiedziałam że się ucieszysz. Chodź. – wyszły z pokoju i krążąc korytarzami dotarły na strzelnicę. – Powiem Łukaszowi, żeby tu później po ciebie przyszedł. Właśnie do niego idę.
- Okey.
- Po prawej będziesz miała stolik ze strzałami i obok łuki, każdy ma inny naciąg, żebyś wiedziała.
- Spoko.
- Resztę pokażą ci tam chłopaki, no to na razie. – mrugnęła do niej, odwróciła się na pięcie i ruszyła wzdłuż czerwonej linii.
 Alicja otworzyła drzwi ze standardową siódemką i ujrzała spore podłużne pomieszczenie. Na wprost niej znajdowało się biurko, a za nim siedział jakiś łysy, czarnoskóry mężczyzna. Po swojej lewej, tak jak mówiła Mery, znajdowało się stoisko z łukami. Po prawej zaś stał stolik z różnego rodzaju pistoletami. Stoliki stały pod ścianami obok drzwi. Na prawej ścianie było dwoje drzwi ale przy tych drugich nic nie było.
- Pomóc w czymś? – usłyszała głos mężczyzny zza biurka. Alicja podeszła do niego.
- Chciałabym postrzelać z łuku. – powiedziała i trochę się zawstydziła po facet się zaśmiał.
- A tak na serio? – powiedział gdy już udało mu się stłumić śmiech.
- Wyglądam jakbym żartowała? – zapytała retorycznie i podeszła do stojaka z łukami. Wzięła łuk z samego dołu, czyli, jak myślała, z największym naciągiem. Naciągnęła go, co było ciężkie do zrobienia dla tej drobnej dziewczyny, ale nie dała tego po sobie poznać. Zerknęła kątem oka na niedowierzającego mężczyznę wzięła pierwszy z brzegu kołczan ze strzałami i otworzyła drzwi. Jej oczom ukazało się pomieszczenie wyglądem przypominające poczekalnię. Pokój był okrągły i nie miał ścian tylko wielką szybę. Ali podeszła do niej i spojrzała w dół. Zobaczyła kilka ćwiczących osób oddzielonych od siebie ścianami, w sumie było ich 10. Nic szczególnego nie było widać, tylko skaczących i strzelających facetów. Dziewczyna nie widziała do czego strzelają.
 Na środku sali stało w prostej linii, dziesięć krzeseł ustawionych parami, oparciami do siebie.
- Czego tu szukasz, Panienko? – zapytał jeden z mężczyzn siedzących na krzesłach.
Nagle płytki pod jej stopami zapadły się i poleciała w dół.
- Ej! Nie ma wpychania się w kolejkę! – krzyknął ktoś z góry.
Tuż nad ziemią płytka zwolniła, a potem delikatnie na niej stanęła. Ali zeszła z tego latającego ustrojstwa i wpadła na Marcina.
- Cześć. – powiedział i uśmiechnął się. – Chcesz złamać drugą nogę?
- Weź skończ. – odgryzła się. Marcin podtrzymywał ją, bo w czasie zderzenia wszystko jej wypadło z rąk.
- Możesz stanąć na jednej nodze? – zapytał.
- Jasne. – zrobiła to, a on podniósł jej kule i łuk.
- Masz zamiar ćwiczyć? – zdziwił się. – Ze złamaną nogą?
- Tak, masz z tym jakiś problem?
- W sumie nie. – uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Chętnie popatrzę jak robisz z siebie ofiarę losu. – wszedł na latającą płytkę i powędrował w górę.
- Jeszcze zobaczymy. – krzyknęła do niego, a on się zaśmiał. Kiedy już płytka wróciła na swoje miejsce, a Marcin zniknął, rozległ się dziwny piszczący dźwięk. Ali podeszła do narysowanego na środku czerwonego ‘X’ i usiadła na nim. Kule położyła obok siebie, i teraz w ręce trzymała tylko łuk. Naciągnęła na niego strzałę i czekała. Rzuciła okiem na obserwujących ją z góry mężczyzn. Prychnęła pod nosem i skupiła się na ćwiczeniu. Po chwili pojawił się hologram człowieka, biegnący prosto na nią z mieczem. Ali kompletnie się tego nie spodziewała. Szybko jednak otrzepnęła się ze zdziwienia, bo pojawił się drugi koleś, tym razem z siekierą. Wycelowała szybko w tego, który był bliżej. Trafiła w pierś i hologram się rozmył, potem strzeliła do drugiego. Z pozycji siedzącej nie łatwo było strzelać, ale jednak udało jej się, drugi też się rozpłynął. Odwróciła się i zauważyła trzy postacie biegnące w jej kierunku. Nie nadążała z zakładaniem strzał. Kolejne osoby próbowały ją zabić, rzucały nożami, mieczami. Rozpływał się hologram za hologramem, ona turlała się, unikała innych strzał, leżąc, strzelała do skaczących na nią ludzi. Złapała za jedną kulę, poparła się na niej i kopnęła gipsem kolesia który celował do niej z karabinu. Syknęła z bólu i zdziwiła się bo on się rozpłynął. Stała prawie pod ścianą, więc oparła się o nią. Strzelała coraz mniej celnie, bo już była zmęczona. Wreszcie natłok hologramów ustał, a ona usiadła na ziemi. Usłyszała lecącą w dół płytkę. Zmusiła się do wstania i przejścia na nią. Złapała kule i łuk, kołczan ciągle miała na plecach. Dotarła do latającego czegoś i przyjrzała mu się, na jego powierzchni pisało 97% / 100%. Nie miała siły się zastanawiać o co chodzi. Poleciała w górę i poczuła na sobie zbawienny, chłodny powiew powietrza. W końcu dotarła do okrągłego pokoju i usłyszała gromkie oklaski. Ktoś zepchnął ją z płytki i popatrzył na wynik. Zagwizdał z podziwem.
- Jest moja! – krzyknął któryś.
- Zapomnij! Moja! – powiedział inny. Wszyscy zaczęli na siebie krzyczeć i szarpać się. Alicja nie zwracała na nich uwagi, przepchnęła się do krzeseł i usiadła. Oparła się łokciami na kolanach i oddychała ciężko ze zmęczenia. Z krzyku wyrwało się pojedyncze słowo „proszę”. Zerknęła na Łukasza, który trzymał w ręce butelkę z wodą. Podniosła kącik ust w uśmiechu i sięgnęła po butelkę.
- Dzięki.
- Chodź idziemy. – wyciągnął do niej rękę, ale nagle ktoś go walnął w głowę z pięści.
- Gdzie łapy?! Ona jest moja! – usiadł obok niej. Nie miał koszulki, same dżinsy. Odgarnął brązowe włosy z czoła i popatrzył na nią uśmiechnięty. Łukasz spojrzał spode łba na mężczyznę siedzącego obok Ali. Odchrząknął, żeby ten na niego spojrzał. A gdy już to zrobił, przestraszył się i wyjąkał: - Sorry szefie… - i uciekł. Łuki wytarł krew z wargi.
- Chodź. – rzekł i poszedł do wyjścia. Ona ruszyła za nim.



Eliza otworzyła oczy i zobaczyła śpiącego na krześle obok jej łóżka Adriana. Sweet, pomyślała i pocałowała go w czoło. Ad ocknął się gdy to zrobiła i przytulił ją.
- Wszystko okey?
- Mhm. – mruknęła.
- Co żeście przeskrobali?! – krzyknęła dziewczyna wbiegając do pokoju . Była to Marta, współlokatorka Elizy.
- Co? – zapytał zdziwiony chłopak.
- Zejdźcie na dół i sami zobaczcie. – po powiedzeniu tego odwróciła się i poszła do swojego pokoju. Ad pomógł Elizie wstać i razem poszli w stronę drzwi wyjściowych. Stało w nich dwóch mężczyzn, byli to Kacper i Alex, ale oczywiście oni ich nie znali.
- Pojedziecie z nami. – powiedział Kapi.
- Nigdzie nie jedziemy! – zaprotestował Adrian. Chłopaki złapali nastolatków za ręce i zaprowadzili do samochodu.
- To nie była prośba. – rzekł Aleksander. Ad zaczął się wyrywać, próbował uratować przynajmniej Elizę, ale trzymający go Alex nie dawał za wygraną. Przygwoździł go do samochodu związał mu z tyłu ręce i wrzucił na tylne siedzenie w samochodzie. Z Elizą było łatwiej. Po chwili oboje jechali samochodem.
- To wy porwaliście Alicję? Prawda? – spytała nieśmiało, ale nie uzyskała odpowiedzi.

2 komentarze:

  1. Zostałam wspomniana w dedykacji :3 super rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam twojego bloga i nie mogę się doczekać następnego rozdziału :3 PS. Dzięki za wspomnienie o mnie w dedykacji ;*

    OdpowiedzUsuń